KSIĄDZ JERZY ŻYTOWIECKI

Ksiądz Jerzy Żytowiecki pochodzi z Głuszycy, niewielkiej miejscowości położonej pod Wałbrzychem. Szkołę średnią skończył w Wałbrzychu, potem studiował na Papieskim Fakultecie Teologicznym we Wrocławiu. Jest proboszczem rzymsko-katolickiej parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa we Wrocławiu. Do 25 czerwca był także przez 18 lat diecezjalnym duszpasterzem młodzieży. Do obecnej parafii na Pawłowicach ks. Jerzy został przeniesiony cztery lata temu. Do 1998 roku swoją posługę duszpasterską pełnił w kościele św. Mikołaja przy ulicy św. Antoniego. Do parafii św. Mikołaja ks. Żytowiecki przyszedł w 1991 roku. To właśnie on jest inicjatorem powstania Dzielnicy Czterech Świątyń ze strony kościoła katolickiego. Do niego w 1991 roku udał się Jerzy Kichler - przewodniczący gminy żydowskiej - gdy zauważył, że ktoś rzucił kamieniem w zabytkową ikonę cerkwi prawosławnej.

 

- Historia mojego życia jest dość dziwna, na pewno niełatwa, ale myślę, że właśnie ona przygotowała mnie do działalności w Dzielnicy Wzajemnego Szacunku. Pochodzę spod Wałbrzycha, z okręgu, gdzie mieszkało bardzo wielu repatriantów z Francji. Większość z nich to byli ateiści, komuniści, którzy przyjechali tam z miłości do socjalizmu. Mieszkało tam również bardzo wielu Greków, mój najbliższy przyjaciel był Grekiem. Wszyscy od dziecka zmuszeni byliśmy do takiej "tolerancji podwórkowej". Jeden mój sąsiad był w ogóle nieochrzczony, jego rodzice byli komunistami. Drugi był Grekiem, rodzina prawosławna, lecz z przekonania ateiści. Kiedy znalazłem się w Wałbrzychu byłem siódmym wierzącym w klasie. Musiałam bronić - jako mniejszość - wiary w katolickim kraju - śmieje się ksiądz Jerzy. - To mnie wiele nauczyło. Poznałem lęki tych młodych ludzi, ateistów. Mimo że moi rodzice byli ludźmi głęboko wierzącymi, to przez konfrontację z taką klasą musiałem uzasadnienia wiary szukać bardzo szybko i bardzo poważnie. Dzięki takiemu środowisku miałem wiarę na pewno jeszcze nie całkiem dojrzałą, ale własną. Cała ta historia młodości nauczyła mnie życzliwego nastawienia do ludzi o innym światopoglądzie, o innych przekonaniach. Dlatego też, kiedy znalazłem się w parafii św. Mikołaja, uważałem, że skoro w okolicy znajdują się świątynie różnych wyznań, należy pójść i się przywitać. Jeszcze nie zdążyłem wybrać się do gminy, gdy zjawił się u mnie pan Kichler.

 

Ksiądz Żytowiecki wspomina początki współpracy związanej z Dzielnicą:
- Najpierw były wspólne modlitwy za zmarłych i pomordowanych podczas II wojny światowej. Potem zaczęliśmy akcję charytatywną. Przy ulicy św. Antoniego działała apteka, która jest gigantycznym dziełem charytatywnym, przy parafii ewangelickiej otworzono stację diakonijną, a Żydzi myśleli już o otworzeniu kuchni, bo chcieli swoim braciom koszernie gotować. I tak zaczęliśmy się wzajemnie wspomagać. Ta akcja charytatywna przyniosła fenomenalne efekty podczas powodzi w 1997 roku. Powódź była dla naszej dzielnicy swego rodzaju sprawdzianem. Na przykład parafii ewangelickich w przeciętnym mieście niemieckim jest często tyle samo, co katolickich. A u nas, we Wrocławiu tylko jedna. Do parafii ewangelickiej zaczęły przychodzić ogromne ilości darów. I tak ewangelicy znaleźli się w posiadaniu środków, których sami nie byli w stanie sensownie wykorzystać. Należało udzielić im wsparcia, by mogli rozdzielić pomoc potrzebującym. Trzeba też podkreślić, że bardzo wiele środków z parafii ewangelickich z zagranicy przychodziło bezpośrednio do parafii katolickiej. Powódź umocniła naszą współpracę.

 

Na początku młodzież nie włączała się w sprawy Dzielnicy. Jednak ksiądz Żytowiecki wciąż przypominał, że współpraca młodych ludzi to niezwykle istotna sprawa.
- Sam więc zacząłem się wpraszać ze swoją młodzieżą na spotkania i nabożeństwa innych wyznań - żartuje ksiądz Jerzy. - Zaczęło się od wymiany chórów między parafiami i gminą, później inicjowałem różne spotkania młodych ludzi w kościołach, poczym zaczęto mówić o akcji "Dzieciaki".

- Czy zawiązały się przyjaźnie między inicjatorami Dzielnicy? Czy to były tylko kontakty oficjalne?
- Te oficjalne kontakty to się później zaczęły, najpierw były to spotkania czysto prywatne. Potem, gdy poszliśmy do kardynała Gulbinowicza, żeby jakoś sformalizować naszą Dzielnicę, zaczęły się również kontakty oficjalne. Ale na początku były to zwyczajne spotkania sąsiadów. Uznaliśmy, że skoro jesteśmy proboszczami sąsiadujących parafii, to nie udawajmy, że się nie znamy. Zapraszaliśmy się na imieniny, zorganizowaliśmy sobie nawet wspólne spotkanie kolędowe. Było ono dość specyficzne. Od początku wiedzieliśmy, że będzie to dziwna sytuacja dla Żydów, ale po jakimś czasie nawet oni przyłączyli się do wspólnego kolędowania! Kontakty towarzyskie przeważały zdecydowanie nad oficjalnymi. To wszelkie imprezy oficjalne raczej rodziły się na spotkaniach prywatnych.
Należy też zaznaczyć, że zaraz na samym początku ustaliliśmy kilka istotnych rzeczy. Przede wszystkim - nie prowadzimy dialogów doktrynalnych, bo od tego są fachowcy. Nie podkreślamy tego, co nas dzieli, widzimy to, co nas łączy i przez szacunek świadczymy sobie wzajemnie człowieczeństwo. Nie uprawiamy prozelityzmu, czyli nie próbujemy przeciągać wiernych w kierunku własnego wyznania. Jeśli robimy coś wspólnie, to tak, aby każda strona miała korzyść. To były takie nasze dżentelmeńskie zasady.

- Co cennego dała księdzu osobiście Dzielnica Wzajemnego Szacunku?
- Dzielnica umocniła we mnie takie bardzo głębokie, optymistyczne nastawienie do drugiego człowieka. Uczyniła mnie bardziej otwartym wobec ludzi, którzy mają inną wiarę, inne tradycje, inaczej się modlą. Bliższe poznanie się i wspólna praca nigdy nie szkodzą, jeżeli otacza nas atmosfera wzajemnego szacunku i miłości bliźniego.