|
|
TAMARA WŁODARCZYK
Tamara Włodarczyk jest katoliczką, pracuje w Gminie Żydowskiej
od 1999 roku. Współtworzyła projekt "Dzieciaki", od początku
trwania programu prowadzi zajęcia z dziećmi.
- W 1999 Urząd Miejski ogłosił konkurs ofert związanych z działalnością
edukacyjną i postanowiliśmy, że weźmiemy w nim udział - wspomina
Tamara Włodarczyk. - I tak wszystko się zaczęło. W efekcie projekt
"Dzieciaki" znalazł się wśród pięciu programów, które
uzyskały dotacje miasta.
- Tworząc projekt, chcieliśmy bazować na tym, co już istniało -
mówi pani Tamara.
- A co istniało?
- Dzielnica Czterech Świątyń istniała. Jednak wcześniej wszystko
opierało się bardziej na formalnych kontaktach między osobami duchownymi.
Księża i przedstawiciele gminy żydowskiej na początku trzymali sprawy
Dzielnicy w swoich rękach. Owszem, odbywały się spotkania modlitewne,
pomagaliśmy sobie nawzajem w razie potrzeby. Jednak mniej było kontaktów
bezpośrednich między parafianami, na przykład między młodzieżą i
dziećmi. A na tym najbardziej nam zależało. Kiedy napisałyśmy ten
projekt, nie wiedziałyśmy do końca, w jakim kierunku będzie on dalej
podążał. Wyobrażałyśmy sobie, że będziemy się spotykać w kościołach
i uczyć się wzajemnie, pokazywać sobie to, co mamy najbardziej atrakcyjnego.
Mieliśmy także spożywać wspólne posiłki i oczywiście modlić się.
Program na początku miał obejmować kilka spotkań. Jest kontynuowany
do dziś.
- To już 3 lata?
- Tak. Początki nie były łatwe, sami podchodziliśmy do tego z wielką
nieufnością. Trzeba było bardzo uważać, aby nikogo nie urazić. Oczywiście
nie obyło się bez jakichś drobnych zgrzytów. Pamiętam pewne zdarzenie,
taki drobny skandalik, do którego sama się przyczyniłam. Miało to
miejsce jeszcze podczas pierwszego etapu programu, kiedy to kilku
starszych ludzi z gminy żydowskiej poczuło się dotkniętych tym,
że zobaczyło krzyż w synagodze.
- Skąd krzyż w synagodze?!
- Dzieci podczas jednego ze spotkań poproszono o to, by namalowały
jedno z wydarzeń biblijnych. I bardzo wiele prac przedstawiało sceny
z życia Chrystusa. Wśród nich znalazła się również scena ukrzyżowania.
Ten obrazek został powieszony w synagodze pośród oczywiście kilkudziesięciu
innych. Miałam świadomość tego, że krzyż nie powinien wisieć w synagodze,
ale to była praca dziecka. My tutaj cały czas musimy bardzo uważać,
by nie zrobić czegoś, co mogłoby obrazić czyjeś uczucia religijne.
To bardzo trudna, delikatna sprawa.
- Jakie zdarzenie tak szczególnie utkwiło Pani w pamięci?
- Kiedy poznaliśmy się dobrze, stwierdziliśmy, że warto wyjść na
zewnątrz i zrobić coś dla innych. Nasze dzieci wiedziały już wiele
o innych kulturach, religiach. Świetnym pomysłem był dzień dziecka
dla dzieci cygańskich. Odbyło się to w kościele protestanckim. Zaprosiliśmy
grupkę dzieci, na początku miało ich być około 20. Ku naszemu zaskoczeniu
przyszło dwa razy więcej. Gościliśmy dzieci romskie w wieku od 3
do kilkunastu lat. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że w ogóle przyszli,
bo na początku podchodzili do tego z wielką nieufnością. To miało
być takie spotkanie, gdzie z jednej strony dzieci są naszymi gośćmi,
a z drugiej strony one również biorą czynny udział w jego tworzeniu.
Chcieliśmy, by Cyganie również pochwalili się tym, co w ich kulturze
najcenniejsze.
- Jak wyglądało to spotkanie?
- Pokazaliśmy im nasz dotychczasowy dorobek - to, że śpiewamy w
kilku językach, że tańczymy świetnie tańce żydowskie. Prezentowaliśmy
im również scenki, krótkie przedstawienia. A potem zaczęliśmy z
nim rozmawiać. Oni opowiadali nam - może mniej dzieci, a bardziej
dorośli - o własnej kulturze, tradycji. My również chcieliśmy się
czegoś dowiedzieć o kulturze romskiej, o której się nie mówi. Chcieliśmy
pokazać naszym dzieciom trochę inne oblicze Cyganów. Nasze dzieci,
pomimo że są bardzo otwarte, że uczymy je tolerancji od trzech lat,
też znały takie bardzo stereotypowe oblicze Cygana. Spotkanie ciekawie
się zakończyło. Starsi ludzie zaczęli wspominać dawne czasy, kiedy
jeszcze jeździli taborami.
- Bez wątpienia pomysł okazał się trafiony.
- Tak. Odbyło się wiele fascynujących spotkań, które na długo utkwiły
mi w pamięci. Został także nakręcony program telewizyjny z udziałem
naszych dzieci. Wcześniej ukazał się artykuł, dzięki któremu ludzie
z całej Polski mogli dowiedzieć się o naszym projekcie. Mieliśmy
wiele telefonów, między innymi zainteresowała się nami grupa ludzi,
którzy kręcili programy o tolerancji, o kontaktach między wyznawcami
różnych religii. Owocem tego był program telewizyjny, podczas którego
dzieci piekły chleb.
- Skąd u Pani wzięło się zamiłowanie do pracy z dziećmi?
- Z dziećmi pracuję już od dłuższego czasu, właściwie już od pierwszego
roku studiów. Studiowałam bibliotekoznawstwo i informację naukową,
potem pracowałam w komitecie Ochrony Praw Dziecka. Na początku myślałam
o pracy w szkole, ale potem moje plany zostały skorygowane. Stwierdziłam,
że szkoła to nie jest miejsce odpowiednie dla mnie, że można w inny
sposób realizować swoje życiowe pasje. Przez jakiś czas prowadziłam
świetlicę środowiskową. Nawet jak tutaj robię coś zupełnie innego,
to staram się w miarę możliwości mieć kontakt z dziećmi.
- Czy uważa Pani, że ten projekt jest w stanie wiele zmienić?
- Jestem realistką, wiem, że nie zmienimy wszystkiego, nie zmienimy
mentalności wszystkich ludzi. Jednak dla mnie ważne jest to, że
zmieni sposób myślenia tej czterdziestki naszych dzieci. To bez
wątpienia będzie owocować.
|