KSIĄDZ MARCIN ORAWSKI

Ksiądz Marcin Orawski to młody, błyskotliwy człowiek. Zdaje się, że jest to dla niego czas wyjątkowo szczęśliwy, bo jego żona - Iwona Orawska - spodziewa się pierwszego dziecka. To nie stanowi żadnej sensacji wśród ewangelików, bo pastorzy protestanccy mogą zakładać rodziny, podobnie jak księża prawosławni.

Spotkaliśmy się w sali katechetycznej w kamienicy tuż obok ewangelickiej świątyni. Miejsce znaczące. Na regale tuż pod ścianą wigilijna świeca Caritas, na ścianie talerz z wymalowanym napisem: "Pokój z wami" - po polsku i po niemiecku - symboliczny dowód na związki parafii z braćmi z Zachodu. W niedalekim sąsiedztwie menora - siedmioramienny żydowski świecznik. Z naprzeciwległego rogu sali kamiennym wzrokiem spogląda na nas rzeźba Marcina Lutra. Wszystko w jednym miejscu - co za zbieg okoliczności. Ksiądz na spotkanie przyszedł całkiem po cywilnemu - szare sztruksowe spodnie i biała koszula. Naturalny i zrelaksowany, właściwie nic nie zdradzało jego kapłaństwa.

 

Ksiądz Marcin jest wikariuszem w parafii kościoła Opatrzności Bożej wyznania ewangelicko-augsburskiego we Wrocławiu. Pracuje tutaj już czwarty rok. Jak sam przyznaje - to niedługo, a przynajmniej nie od początku trwania Dzielnicy Czterech Świątyń.
- Właściwym inicjatorem Dzielnicy Wzajemnego Szacunku ze strony kościoła protestanckiego jest ksiądz Ryszard Pieron. Niestety, w 1998 roku został przeniesiony, obecnie jest pastorem w Lasowicach Wielkich koło Kluczborka.

- A ksiądz został skierowany na jego miejsce?
- Cóż, w wielkim skrócie - tak. Wcześniej jeszcze skończyłem studia, obroniłem pracę magisterską i odbyłem dwuletnią praktykę. To moja pierwsza parafia - podkreśla z uśmiechem.

- Kiedy po raz pierwszy ksiądz zetknął się z Dzielnicą Wzajemnego Szacunku?
- Właściwie zaraz na początku. Jeszcze zanim podjąłem pracę tutaj, rozmawiałem z księdzem Pieronem. Jemu bardzo zależało na współpracy w ramach Dzielnicy. "Trzeba się w to zaangażować" - wielokrotnie to podkreślał. Zresztą nie chodziło o kontakty czysto oficjalne. Ksiądz Pieron przyjaźnił się z księdzem Żytowieckim z parafii katolickiej.

- Jakie były pierwsze odczucia księdza związane z Dzielnicą?
- Na początku była zwykła ciekawość. Tam, skąd ja pochodzę, na Śląsku Cieszyńskim nigdy nie miałem bezpośrednich kontaktów z Gminą Żydowską albo z cerkwią prawosławną. Dopiero w czasie studiów w Warszawie stykałem się z innymi wyznaniami, ale zawsze na stopie oficjalnej. Tu w Dzielnicy mamy to na co dzień, od środka.

- I jak to wygląda od środka, z perspektywy kogoś zaangażowanego?
- W 1996 roku inicjatorzy Dzielnicy dali wspólny sygnał: Jesteśmy razem, mimo różnic, które nas dzielą. Wielkim sprawdzianem dla Dzielnicy była powódź tysiąclecia, wtedy zaczęła rozwijać się współpraca praktyczna. Jeśli na Antoniego brakowało łóżek czy śpiworów, dostawali je od nas. Jeśli potrzebowaliśmy leków w naszej parafii, a przychodziły one do parafii katolickiej, to również nie było problemu.

- Czy ciężko być kontynuatorem idei Dzielnicy?
- Myślę, że nie. Dzielnica jest ruchem niesformalizowanym i to stanowi w pewnym sensie o jej sile. Nie ma swojego statutu, którego należałoby się trzymać. Nie goni nas kalendarz, nie wyznaczamy sobie określonych terminów. Wszystko odbywa się spontanicznie, nie planujemy naszej współpracy. Odsunięcie się części inicjatorów nie stanowi problemu. Myślę jednak, że podstawową trudnością, z jaką spotyka się każdy w swojej religii, może być fakt niezrozumienia dla tego, co się tutaj dzieje przez członków kościoła czy gminy. I to nawet nie chodzi o Wrocław.

- We Wrocławiu współpraca układa się znakomicie?
- Wrocław posiada bardzo specyficzną atmosferę. Ludzie są tu nieco bardziej otwarci niż gdzie indziej. Społeczność wrocławska to efekt spotkania się ludzi z różnych stron. Właściwie nikt nie może powiedzieć o sobie, że jest tutejszy. Może dlatego jest łatwiej.

- A trudności? Zdarzają się?
- Owszem. Przychodziły do naszej parafii listy pełne oburzenia: "Dlaczego ksiądz protestancki uczestniczy w procesji katolickiej, podczas której w dodatku niesie się obraz?" - nasi wierni domagali się wyjaśnień. Ale nie z Wrocławia - ubiega moje pytanie ksiądz Orawski. - Wrocław rozumie ideę Dzielnicy Wzajemnego Szacunku. Listy zaczęły przychodzić z moich rodzinnych stron po ukazaniu się publikacji ze zdjęciem w dolnośląskiej gazecie. Na zdjęciu ksiądz protestancki w procesji. Dla konserwatywnego ewangelika obrazek, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny. Mały - duży religijny skandal: "Co oni wyrabiają w tym Wrocławiu?!" Zresztą na tym się nie skończyło. Dwa lata temu brałem udział w innej procesji z relikwią św. Wincentego. Pogoda była potworna, zacinał deszcz, a my szliśmy z kościoła uniwersyteckiego do katedry na Ostrów Tumski. I przeziębiłem się. Nie tylko poświęciłem się dla ekumenizmu - żartuje ksiądz - ale jeszcze zostałem znów ˇle zrozumiany przez współwyznawców ze Śląska Cieszyńskiego. "Dlaczego duchowny ewangelicki chodzi w procesji za palcem świętego?"

- Co by ksiądz chciał powiedzieć takim oburzonym protestantom?
- Ta sytuacja doskonale nadaje się do wyjaśnienia sensu naszej współpracy w Dzielnicy. Za moim uczestnictwem w procesji kryje się też pewne przesłanie. Powiedziałbym, że mój udział w tej uroczystości jest dla mnie ważny głównie z jednego powodu, choćby dlatego żeby podkreślić, że w kościele protestanckim takie procesje się nie odbywają. Nie ma u nas kultu obrazów. Ja jako protestant nigdy nie zorganizuję takiej procesji u siebie w kościele. Mogę nie identyfikować się z celebracją procesji, ale biorę w niej udział, aby wyrazić swój szacunek dla katolicyzmu. Dzięki takim uroczystościom podkreślamy duchową jedność. Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga i mimo dzielących nas różnic, potrafimy pokazać, że umiemy być razem.

- Czy taka dzielnica mogłaby powstać gdzie indziej?
- Jak już powiedziałem, Wrocław z powodów historycznych to miasto, w którym łatwiej podjąć dialog międzyreligijny. Tam skąd pochodzę, na Śląsku Cieszyńskim, od wieków żyją obok siebie katolicy i ewangelicy. Chodziłem do klasy, w której na 30 osób uczyło się tylko trzech katolików, resztę stanowili ewangelicy. Wbrew pozorom jednak dialog religijny nie był tam wcale łatwiejszy. Każdy trzymał się własnej tradycji i przełamanie kulturowej bariery stwarzało znacznie więcej problemów niż tu, we Wrocławiu.


Nie twierdzę, że podobna dzielnica nie mogłaby powstać gdzie indziej, ale Wrocław to miasto rzeczywiście predysponowane do tego. Tutaj było łatwiej, na Śląsku Cieszyńskim oba wyznania wrosły zbyt mocno we własną tradycję. I mimo że mieszka tam dużo rodzin mieszanych wyznaniowo, to oficjalnie między kościołem katolickim i protestanckim długo panowały chłodne stosunki. We Wrocławiu przybysze przemawiali do siebie z równych pozycji, w takiej sytuacji łatwiej zaakceptować religijną inność. Owocna współpraca w ramach Dzielnicy Czterech Świątyń wymaga dużego wyczucia i szczególnej wrażliwości na religijne niuanse.


My tu się ciągle uczymy siebie nawzajem - dodaje ksiądz Marcin. - Wpadki? Zdarzają się, oczywiście, nawet bardzo nieprzyjemne. Zaczynając od najprostszych, kiedy mylone są tytuły, nazwiska, nazwy kościołów. Czasami zdarzało mi się, że przedstawiano mnie jako reprezentanta kościoła ewangelicko-habsburskiego. W naszym kościele podczas nabożeństwa raczej nie zwraca się uwagi, jak kto siedzi. Można na przykład założyć sobie nogę na nogę. W kościele prawosławnym odczytuje się to jako obrazę. Na tej zasadzie - po prostu ze zwykłej niewiedzy - wynikają jakieś zgrzyty. Staramy się je rozumieć. Ja sam ciągle uczę się czegoś nowego. Kiedy wchodzę do cerkwi, to patrzę na duchownego prawosławnego, staram się go naśladować. Oczywiście do pewnego stopnia. Na przykład my, jako ewangelicy przy wymawianiu Trójcy Świętej nie przeżegnujemy się, a prawosławni zawsze.

- Czy sami parafianie włączają się w życie Dzielnicy Czterech Świątyń?
- Nasi parafianie wiedzą o istnieniu Dzielnicy, choćby przez to, że uczestniczą w obchodach Nowego Roku w kościele prawosławnym. Poza tym staramy się o tym pisać do naszych parafialnych gazet "Zwiastuna Ewangelickiego" i "Słowa Parafialnego". Jest też grupa osób zaangażowana w życie parafialne, oni pomagają nam współtworzyć Dzielnicę.

- Czy dla księdza Dzielnica jest mitem czy rzeczywistością?
- Jeśli rozumiemy Dzielnicę jako instytucję, to rzeczywiście jest to mit. Natomiast jeśli myślimy o współistnieniu trzech wyznań jednego Kościoła i Gminy Żydowskiej, dążeniu ich do coraz lepszego poznania i budowania wzajemnego szacunku - to jest to rzeczywistość. Od czterech lat, kiedy tu jestem, nie tylko kościoły i gmina żydowska zaczynają na siebie inaczej patrzeć, ale między nami, jako duchownymi tych kościołów, zawiązało się coś więcej niż znajomość.