KSIĄDZ ALEKSANDER KONACHOWICZ

Ksiądz Aleksander Konachowicz jest proboszczem parafii Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy przy ul. św. Mikołaja we Wrocławiu. Rozmowa z ks. Konachowiczem odbyła się w parafialnej świetlicy, która mieści się na parterze plebani, naprzeciwko cerkwi. Wystrój skromny - ławki i stoły. Jedynym elementem religijnym jest ikona na jednej ze ścian. Ksiądz wpada "prosto z roboty". Jeszcze przed chwilą instruował majstra, który naprawiał dach zabytkowej plebani. Ubrany w granatowy podrasnik - codzienny strój kapłanów prawosławnych - proboszcz przyjmuje nas ciepło i serdecznie. W jego głosie słychać wschodni akcent. Tak mówią kresowi gawędziarze - stwierdzam i nie mylę się - nasz pop posiada ogromny dar opowiadania.

Większość liderów Dzielnicy Czterech Świątyń ocierało się albo o granice wschodnie albo o granice południowe, gdzie mniejszości narodowe stanowiły dość duży odsetek ludności. Ksiądz Konachowicz pochodzi z Podlasia ze wsi Kleszczele.


- Dzieciństwo na Wschodzie dawało mi szansę zetknięcia się z wielokulturowością. Wielu naszych parafian jako dzieci bawiło się z katolikami, sąsiadowało z Ukraińcami, Rosjanami, a do sklepu chodziło do Żyda. W moim rodzinnym miasteczku w czasach międzywojennych 70% ludności stanowili prawosławni, resztę katolicy i żydzi. Mieszkańcy Kleszczeli darzyli się ogromnym szacunkiem. Wszyscy doskonale wiedzieli, kiedy kto ma święta. Oto znaczący obrazek z mojego dzieciństwa: 21 września prawosławni obchodzą święto Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. 21 września katolik wywozi gnój na pole. I kto mu zwraca uwagę? Prawosławny? Nie. Katolik.
I druga sytuacja. W prawosławiu istnieje taka stara tradycja: 7, 8, i 9 stycznia mieszkańcy wychodzą na główną ulicę i kolędują, potem rozchodzą się do domów na agapę - uroczystą wieczerzę. Jako mały brzdąc trzymam za rękę moją mamę, a mama trzyma pod rękę naszą sąsiadkę, katoliczkę. I śpiewamy kolędy. "Mamo, a czemu pani Piastowska śpiewa kolędy? Nasze!" - wyszeptałem zdziwiony. Matka jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy sąsiadka wychyliła się i z uśmiechem stwierdziła: "Kolędy to są wasze, prawosławnych, ale tradycja nasza wspólna". To była niezwykła symbioza. Ludzie wrastali w tradycję, która towarzyszyła im od wieków - nieważne czyją.

 

- Pierwsze kroki swojego duszpasterstwa stawiałem w Hajnówce, niedużym miasteczku przy naszej wschodniej granicy - kontynuuje ks. Konachowicz. - Wówczas na 25 tysięcy mieszkańców mieszkało w Hajnówce 18 tysięcy prawosławnych i była to jedna parafia. Uczyłem 850 dzieci tygodniowo. Prowadziłem chór młodzieżowy. Praca z młodymi ludźmi sprawiała mi wielką przyjemność. Mój przyjazd na zachód podyktowany był chyba sympatią księdza biskupa Jeremiasza - żartuje ks. Konachowicz. - Pracę tutaj zacząłem w 1983 roku u jego boku. Przez cztery lata służyłem jako diakon, potem jako osobisty sekretarz biskupa. W 1987 roku przyjąłem święcenia kapłańskie i otrzymałem funkcję kanclerza w diecezji wrocławsko-szczecińskiej. W 1993 roku objąłem probostwo tu, w parafii. W roku 1996 powstała również parafia wojskowa, której jestem kapelanem.

- Ksiądz jest jednym z inicjatorów powstania Dzielnicy. Jakie wydarzenie wspomina ksiądz ze szczególnym sentymentem?
- Na początku szukaliśmy wspólnego mianownika. I znaleźliśmy: byli nim zmarli. Odbył się cykl nabożeństw ekumenicznych. Potem zaczęliśmy zapraszać się na święta parafialne, koncerty i inne uroczystości. Nasi wierni zauważyli wtedy to kulturowe bogactwo, jakie ich otacza. Sami mieli też szansę zademonstrowania swojej inności i wyjątkowości. Ludzie naprawdę przeżywali te pierwsze spotkania w ramach Dzielnicy. Pamiętam taką wypowiedź naszego kościelnego: "Jak żyję, to jeszcze nie widziałem, żeby żyd był w cerkwi".

- Takie sytuacje wywołują z pewnością silne emocje, zwłaszcza, że stary prawosławny zwyczaj zabrania wstępu do cerkwi ludziom nieochrzczonym.
- Rzeczywiście, ale nazwa naszej Dzielnicy zobowiązuje. Ciągle przecież opieramy się na wzajemnym szacunku.

- Skąd wzięła się nazwa "Dzielnica Wzajemnego Szacunku"?
- My, inicjatorzy w 1996 roku przyjęliśmy inną nazwę - "Dzielnica Tolerancji". Wtedy kardynał Gulbinowicz zasugerował nam, że tolerować można i zło, więc może "Dzielnica Wzajemnego Szacunku"? Zgodziliśmy się, to była bardzo dobra sugestia.

- Jak wygląda codzienność w Dzielnicy Wzajemnego Szacunku? Święta, imprezy kulturalne obchodzicie uroczyście, ekumenicznie. Czy jednak idea Dzielnicy nie ożywa tylko przy specjalnych okazjach?
- To zupełnie nieprawda, Dzielnica nie działa na pokaz. Warto przywołać zdarzenia z 1997 roku. Powódź tysiąclecia zjednoczyła nas w bezinteresownej pomocy. Nawiązała się spontaniczna wymiana darów między parafiami. Ktoś w jedną stronę taszczył lodówkę, inny w drugą stronę telewizor, ludzie bardzo się angażowali. Zaraz po powodzi ruszyła stacja diakonijna przy kościele ewangelickim. Każdy potrzebujący mógł skorzystać z darmowej pomocy medycznej, a leki otrzymać również za darmo w aptece parafialnej przy ul. św. Antoniego.

Ksiądz Aleksander nie wymienia konkretnych przykładów pomocy. Wspominam o prawosławnej rodzinie z Malczyc, której pomogła parafia ewangelicka. Mój rozmówca z dystansem podchodzi do podjętego tematu.
- Ludzie nie chcą mówić konkretnie o takich rzeczach, uważają, że to normalne. Pomagają od serca. Nie oczekują hymnów pochwalnych. Ale rzeczywiście, była taka rodzina. Mieli ośmioro dzieci, zmiotło im dom w powodzi i przez rok koczowali u katolickiego proboszcza. Wspominaliśmy o nich podczas nabożeństw i prosiliśmy o wsparcie. Najbardziej pomogła im materialnie parafia ewangelicka. Ale szczegółów nie pamiętam - ucina wątek ksiądz Konachowicz.

- Parafia prawosławna bierze co roku udział w marszu po Dzielnicy Czterech Świątyń. Macie wtedy okazję pokazać się na zewnątrz. Czy dzięki Dzielnicy wzrosło zainteresowanie samym prawosławiem?
- Rzeczywiście, Dzielnica daje szansę powiedzenie czegoś więcej o sobie, o naszej parafii i o prawosławiu. W zeszłym roku w cerkwi gościliśmy 5 tysięcy uczniów wrocławskich szkół wraz z nauczycielami. Młodzi z wiarygodnych ust mieli szansę dowiedzieć się, że prawosławie to nie tylko schizma wschodnia. Przybliżeniu idei Dzielnicy służyły warsztaty z udziałem nauczycieli historii i metodyków. Gościliśmy również grupę przewodników dolnośląskich, 72 osoby, które chciały poszerzyć swoją wiedzę o prawosławiu i Dzielnicy.

- Wzrasta zainteresowanie prawosławiem, a czy okoliczni mieszkańcy odnoszą się do was życzliwiej?
- Zmieniło się na lepsze. Ostatnio, gdy zamykałem cerkiew pewna pani zapytała, czy może wejść do środka. "Ja tu 25 lat mieszkam, a jeszcze w cerkwi nie byłam. Ale słyszałam, że macie pięknie" - powiedziała. Oczywiście ją wpuściłem.

- Czy uważa ksiądz, że Dzielnica wspiera dialog międzyreligijny i międzykulturowy?
- Myślę, że tak. Ale należy jeszcze coś dodać. Mówiąc o prawosławiu, nie można mówić o kulturze, ale raczej o tradycji. Do naszej parafii należą Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Grecy, Serbowie i Łemkowie. Bądź mądry i złap tu kulturę! Czyją? - żartuje proboszcz.

- Ostatnim "dzieckiem" Dzielnicy Wzajemnego Szacunku jest program "Dzieciaki"?
- Tak. Uznaliśmy, że dzieciom łatwiej będzie przełamać bariery i realizować ideę tolerancji. W 1999 roku dostaliśmy z Urzędu Miasta fundusze na cztery spotkania. Okazało się, że to dopiero początek i tak "dojechaliśmy" do tegorocznych wakacji. Część dzieciaków to już dorosła młodzież, tak jak moje dzieci, które od początku brały udział w programie. W ramach programu "Dzieciaki" liderzy chcieliby zorganizować spotkania z przedstawicielami mniejszości narodowych we Wrocławiu. Nie każdy wie, że w naszym mieście mieszkają Grecy, Bułgarzy, Ukraińcy i Rosjanie. Skoro oczy władz wrocławskich zwrócone są na Dzielnicę, niech nie patrzą tylko w nasz kwadrat. Dzielnica powinna emanować, a szacunek, o którym ciągle rozmawiamy, nie odnosi się przecież tylko do sfery religijnej - stwierdza ks. Konachowicz.

- Czy zdaniem księdza taka dzielnica mogłaby powstać gdzie indziej?
- Nie. Myślę, że Dzielnica nie mogłaby powstać w żadnym innym mieście w Polsce. Tylko we Wrocławiu, na terenie naszej Dzielnicy z jednej świątyni do drugiej jest nie więcej niż 300 metrów. Mieszkamy obok siebie jak dobrzy sąsiedzi. Dzieli nas tylko te kilka kroków, ale nie chcemy stworzyć jakiegoś judeochrześcijanizmu, chociaż nikt nam nigdy tego nie zarzucił. Staramy się nie dotykać doktryny i wiary człowieka. To jest świętość każdego z nas. Jeśli ktoś chce zmienić wyznanie, to jego prywatna sprawa, Dzielnica Czterech Świątyń mu w tym nie pomoże.