|
|
Ciekawe artykuły
Między nietolerancją a relatywizmem
MICHEL FÉDOU SJ
Ekumenizm nie może zostać pomylony z dialogiem międzyreligijnym,
ale obydwie postawy przywołują się jak dwa oblicza jednego wspólnego
pragnienia jedności.
Na przestrzeni wieków1 niemało ludzi wierzących
optowało za jedną z przeciwstawnych postaw: czasami byli nietolerancyjni
wobec mężczyzn i kobiet, którzy nie wyznawali tej samej wiary; czasami
ich zachowanie cechował relatywizm, czyli stanowisko, według którego
wszystkie religie są równie dobre i w taki sam sposób mogą doprowadzić
do zbawienia.
Łatwo zauważyć, że niebezpieczeństwo czyha na chrześcijanina z
jednej i z drugiej strony. Pierwsza pokusa dominowała być może w
przeszłości w królestwach czy cesarstwach, które uważały, że ich
zadaniem jest obrona prawdziwej religii nauczanej przez Chrystusa.
Sądzono, że za wszelką cenę należy nawrócić niewiernych. Jeśli jednak
odmawiali oni i nie zamierzali dać się zdobyć dla wiary, nie wahano
się wypędzać ich, a nawet zabijać. Druga pokusa cechuje przede wszystkim
nasze czasy: w obliczu rozmaitości wierzeń i praktyk religijnych,
które są współcześnie przenoszone do naszych społeczeństw, podlegamy
ryzyku nie zauważania niezbywalnej oryginalności wiary chrześcijańskiej
oraz uznania, że wszystkie religie są równoznaczne.
Jak zachować otwartość na innowierców, nie popadając w relatywizm?
I na odwrót, jak pozostać wierny swoim przekonaniom, nie pozwalając,
żeby doprowadziło to do przyjęcia postawy wykluczającej?
Uznanie wolności religijnej
Pierwszy przykład dotyczy postawy chrześcijan wobec innowierców,
którzy w imię własnej tradycji religijnej domagają się współcześnie
możliwości wyrażania swojej wiary w naszych społeczeństwach: pomyślmy
o reakcjach wywołanych budową meczetów czy pagód na obszarach, gdzie
chrześcijaństwo było tradycyjnie silnie zakorzenione.
Nie zatrzymujemy się nad tą kwestią ze względu na jej aspekt polityczny,
lecz biorąc pod uwagę jej wpływ na świadomość chrześcijańską. Jest
pewne, że Kościół katolicki na II Soborze Watykańskim uroczyście
potwierdził zasadę wolności religijnej:
Obecny Sobór Watykański oświadcza, iż osoba ludzka ma prawo
do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju wolność polega na tym,
że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze strony czy
to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych b i jakiejkolwiek
władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano
do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu
według swego sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub
w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie. Poza tym oświadcza,
że prawo do wolności religijnej jest rzeczywiście zakorzenione
w samej wolności osoby ludzkiej, którą to godność poznajemy przez
objawione słowo Boże i samym rozumem. To prawo osoby ludzkiej
do wolności religijnej powinno być w taki sposób uznane w prawnym
ustroju społeczeństwa, aby stanowiło prawo cywilne 2
Jest jasne, że tego rodzaju wolność przynależna jest nie tylko jednostkom,
ale i całym grupom wierzących:
Wspólnotom tym więc, dopóki słuszne wymagania porządku publicznego
nie są naruszone, należy się prawnie wolność, aby rządzić się
mogły według własnych norm, czcić najwyższe Bóstwo kultem publicznym,
pomagać swym członkom w praktykowaniu życia religijnego i wspierać
ich nauczaniem oraz rozwijać takie instytucje, w których członkowie
mogliby ze sobą współpracować przy układaniu własnego życia według
wyznawanych zasad religijnych. Wspólnoty religijne mają też prawo
do tego, aby nie przeszkadzano im w publicznym nauczaniu i wyznawaniu
swej wiary słowem i pismem 3
Tekst precyzuje następnie, że przy rozpowszechnianiu wiary zawsze
powinniśmy "wystrzegać się wszelkiej działalności, która miałaby
posmak przymusu albo nieuczciwego czy niedostatecznie usprawiedliwionego
nakłaniania"4 Oto więc zasada
wolności religijnej została zdecydowanie wyłożona, a deklaracja
soborowa miała o tyle większe znaczenie, że spora liczba chrześcijan
w ZSRR oraz krajach Europy Wschodniej była wówczas pozbawiona takiej
wolności.
Wymowa deklaracji dziś w pełni zachowuje swą aktualność, szczególnie
w odniesieniu do sytuacji, kiedy wierzący nie mogą wyrażać swej
wiary ani sprawować kultu religijnego. Skoro chrześcijanie uznają
wolność religijną, powinni tym samym zaakceptować możliwość konfrontacji
swej własnej wiary z innymi wierzeniami, których legalność jest
od tego momentu uznana. Tymczasem pokusa nietolerancji czy relatywizmu
pojawia się właśnie w takim kontekście: wobec rosnącej liczby miejsc
kultu mahometańskiego czy buddyjskiego jedni zamykają się bez reszty
i zatrzymują na uznaniu tylko własnej tożsamości chrześcijańskiej,
podczas gdy inni zaczynają wątpić o swojej wierze czy też w chrześcijaństwie
widzą już tylko "jedną z wielu religii".
Nie przełamiemy tej trudności, odwołując zasadę wolności religijnej,
której ogromne znaczenie należy wciąż przypominać. Będzie trzeba
natomiast nauczyć się bycia chrześcijaninem w nowej sytuacji powstałej
wraz z zaakceptowaniem zasady mówiącej, że uznajemy uprawniony pluralizm
religijny, który jednak nie może być pretekstem do przyjęcia postawy
ani relatywizmu, ani nietolerancji; natomiast powinien on być miejscem
pokornej wierności świadectwu, które niesie ze sobą Ewangelia.
Spotkanie w Asyżu
Drugi przykład dotyczy wydarzenia wielkiej wagi: spotkania, które
odbyło się w Asyżu 27 października 1986 roku. Pamiętamy, że papież
Jan Paweł II zaprosił hierarchów różnych religii, aby się tego dnia
spotkali i modlili o pokój. Był to gest nie mający precedensu w
historii Kościoła5 Trudności nie dały
na siebie długo czekać. Czy nie tkwiło w tej sytuacji ryzyko powstania
sądów na temat chrześcijaństwa, jakoby nienasycone potępieniem skrajnych
form nietolerancji, relatywizowało teraz swoje pretensje do bycia
"prawdziwą religią"? Oczywiście, nade wszystko chodziło
o jeden dzień modlitwy o pokój - co samo w sobie nie nasuwało tematu
rozbieżności czysto religijnych. Jednakże, czy sam fakt zobaczenia
w telewizji zgromadzonych razem chrześcijan, żydów, muzułmanów,
hinduistów czy buddystów nie podsuwał skojarzenia, że religia chrześcijańska
czyni od tego momentu ustępstwa na rzecz innych wyznań albo że dopuszcza
swego rodzaju fuzję - synkretyzm - pomiędzy różnymi tradycjami praktykowanymi
przez ludzkość?
Jan Paweł II próbował uprzedzić tego typu interpretacje. Od 22 października
1986 roku, kiedy powiedział to po raz pierwszy, niezmiennie powtarzał,
że chodzić będzie nie o "wspólną modlitwę", ale o "bycie
razem, żeby się modlić":
Spotkanie w Asyżu nie będzie oczywiście znakiem synkretyzmu religijnego,
ale szczerą postawą modlitwy do Boga w duchu wzajemnego szacunku.
Właśnie dlatego jako motto tego spotkania wybraliśmy słowa "być
razem, aby się modlić". Nie można bowiem "modlić się
razem", czyli odmawiać wspólną modlitwę, ale można być obecnym,
gdy inni się modlą, i okazywać szacunek ich modlitwie i postawie
wobec Bóstwa, dając równocześnie pokorne i szczere świadectwo
naszej wiary w Chrystusa, Pana Wszechświata6
Stąd też 27 października 1986 roku przedstawiciele różnych religii
modlili się najpierw osobno, w różnych wyznaczonych im miejscach;
i nawet potem, kiedy znaleźli się już na wewnętrznym placu bazyliki,
nie wypowiadali tych samych wezwań, ale wysłuchiwali po kolei modlitwy
każdej z grup. To nie oznaczało oczywiście, że wyznawcy różnych
tradycji nie mogliby nigdy głęboko zjednoczyć się z tą samą tajemnicą
Absolutu. Jednak rozróżnienie uczynione przez Jana Pawła II miało
tę zaletę, że wskazywało chrześcijanom grań, która oddziela przepaść
nietolerancji od przepaści relatywizmu: "Być razem, żeby się
modlić", to było odrzucenie nietolerancji względem innowierców;
z tym jednak zastrzeżeniem, iż nie miała to być "wspólna modlitwa",
co stanowiło przypomnienie rozbieżności między religiami i ostrzeżenie
przed relatywizmem.
Dwa przytoczone tu przykłady wskazują, że dyskusja, która zrodziła
się wśród chrześcijan na temat ich postawy wobec innowierców, trwa.
Po zaprezentowaniu już deklaracji dotyczącej wolności religijnej
skupimy się teraz na dokumencie soborowym, który w sposób najbardziej
bezpośredni podejmuje interesujący nas temat: deklaracji Nostra
aetate mówi o "stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich".
Deklaracja "Nostra aetatae"
Pomimo swej lakoniczności tekst ten stał się wydarzeniem sam w sobie.
Początkowo poproszono Sekretariat do spraw jedności chrześcijan,
któremu przewodniczył kardynał Bea, o zredagowanie dokumentu dotyczącego
żydów. Dokument ten wiele razy przeredagowywany ostatecznie miał
się odnosić do wszystkich "religii niechrześcijańskich";
wstępnie stanowił jeden z rozdziałów dekretu o ekumenizmie, ale
powoli uznano, że posiada specyficzne znaczenie, dlatego uczyniono
z niego samodzielną deklarację. Ewolucja ta wiele zawdzięcza wytrwałości
kardynała Bea, a także wspierającym działaniom Pawła VI (jego podróże
w 1964 roku do Ziemi Świętej i do Indii; utworzenie przez niego
Sekretariatu do spraw religii niechrześcijańskich; encyklika Ecclesiam
suam, w której obszernie rozwija temat dialogu). Nade wszystko u
ojców Soboru stała się ona owocem rosnącej uwagi wobec doświadczenia
religijnego ludzkości i nowych pytań, które się w związku z tym
zrodziły dla Kościoła.
W ostatecznej wersji deklaracja Nostra aetatae przywołuje najpierw
ogólną kondycję ludów ziemi, które tworzą "jedną społeczność"
i które od religii oczekują "odpowiedzi na głębokie tajemnice
ludzkiej egzystencji". Pokazuje następnie formy, w których
nadzieja ludzka zechciała się wyrazić w różnych tradycjach; w pierwszej
fazie odnosi się więc do religii zwanych animistycznymi czy pierwotnymi,
następnie zaś wymienia wielkie religie wschodnie: hinduizm i buddyzm.
Przywoływanie różnorodnych religii jest przerwane na rzecz rozwinięcia
o bardziej ogólnej wymowie; może być ono traktowane jako centralny
paragraf deklaracji, ponieważ są w nim sformułowane zasady znajdujące
się u źródeł postawy, która powinna być przyjmowana wobec religii
niechrześcijańskich:
Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych
prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do
owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn,
które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego
wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej
Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany
jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą
i życiem"(J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia
religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał7
Tekst ten w sposób jasny wskazuje drogę, którą należy iść: z jednej
strony jest miejsce na otwarcie względem innych religii o tyle,
o ile zawierają elementy prawdy i świętości; z drugiej na wierność
Chrystusowi, który jest drogą doskonałą, prowadzącą do prawdziwego
Boga. To jest ta grań, o której wspomniałem wyżej. Zboczywszy z
niej, popaść można już tylko w nietolerancję tudzież relatywizm.
Jednak dokument Nostra aetatae idzie dalej. Z uwagi na związek chrześcijaństwa
z dwiema pozostałymi religiami monoteistycznymi specjalne rozwinięcie
poświęcone jest w nim islamowi, a także judaizmowi. W tym pierwszym
przypadku deklaruje, że Kościół "spogląda z szacunkiem"
na mahometan, a następnie wymienia wierzenia wspólne dla nich i
dla chrześcijan (przypominając jednak, że Jezusa nie uznają za Boga);
wspomina o ich poczuciu moralnym i postawie religijnej, po czym
wzywa ostatecznie mahometan i chrześcijan do próby wzajemnego zrozumienia
oraz do wspólnego rozwijania niektórych podstawowych ludzkich wartości:
Jeżeli więc w ciągu wieków wiele powstawało sporów i wrogości
między chrześcijanami i mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich,
aby wymazując z pamięci przeszłość, szczerze pracowali nad zrozumieniem
wzajemnym i w interesie całej ludzkości wspólnie strzegli i rozwijali
sprawiedliwość społeczną, dobra moralne oraz pokój i wolność8
W przypadku judaizmu Sobór podkreśla istnienie "więzi, którą
lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama".
Przypomina, że za pośrednictwem ludu żydowskiego Kościół otrzymał
objawienie Starego Testamentu, że należeli do tego ludu Chrystus
i apostołowie, że krzyż umożliwił pojednanie Izraela z narodami.
Przywołuje świadectwo Pawła z Listu do Rzymian 11: żydzi pozostają
bardzo drodzy Bogu, który nigdy nie żałuje darów i powołania. Tekst
wzywa następnie do wzajemnego poznania i poszanowania, które można
osiągnąć przez wspólne studia biblijne i teologiczne oraz braterski
dialog. Niewątpliwie, czytamy dalej, wielu żydów sprzeciwiało się
Jezusowi i niektórzy chcieli Jego śmierci; tym niemniej,
choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się
śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki,
nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy żydom wówczas
żyjącym, ani żydom dzisiejszym. Chociaż Kościół jest nowym Ludem
Bożym, nie należy przedstawiać żydów jako odrzuconych ani jako
przeklętych przez Boga, rzekomo na podstawie Pisma Świętego. Niechże
więc wszyscy dbają o to, aby w katechezie i głoszeniu słowa Bożego
nie nauczali niczego, co nie licowałoby z prawdą ewangeliczną
i z duchem Chrystusowym.
Poza tym Kościół, który potępia wszelkie prześladowania, przeciw
jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z żydami dziedzictwo,
opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej
miłości ewangelicznej - akty nienawiści, prześladowania, przejawy
antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane
były przeciw żydom9
Nie dość będzie nigdy podkreślać, jak wielką wagę mają te deklaracje,
które sformułowane w kontekście minionych przerażających wydarzeń
Holokaustu, uczulają na przejawy wrogości wobec ludu izraelskiego,
jakąkolwiek przybierałaby formę.
Deklarację Nostra aetatae wieńczy apel wzywający do powszechnego
braterstwa - ono bowiem zakłada odrzucenie wszelkiej postawy dyskryminacji
wobec innych ludzi. Takie zakończenie pokazuje w sposób oczywisty
to, co bez wątpienia stanowiło podstawowy cel tekstu: jak to sugeruje
już ogólnie tytuł dokumentu, chodziło nie tyle o zaszczepienie refleksji
nad samymi religiami, ile o zaproszenie Kościoła powszechnego do
przyjęcia nowej postawy względem innowierców.
Tak prezentuje się deklaracja w swojej ostatecznej wersji. Chcąc
sprecyzować ważkie problemy, których dotyczy, trzeba jednak jeszcze
przyjrzeć się debatom wywierającym w trakcie Soboru na nie swe piętno.
Dyskusje soborowe
Pierwsza dotyczyła powiązań z ekumenizmem. Czy należy łączyć kwestię
religii niechrześcijańskich z kwestią relacji między katolikami
i braćmi odłączonymi? Oto bowiem - już o tym wspominałem - początkowo
Sekretariat do spraw jedności chrześcijan zajął się tylko przygotowaniem
dokumentu na temat żydów; a w jednej z pierwszych wersji tekst ten
miał się znaleźć jako rozdział IV dekretu poświęconego ekumenizmowi.
Wybór, którego ostatecznie dokonano, świadczy o uświadomieniu sobie
specyficznego problemu: chociaż zasady ekumeniczne mogą zostać do
pewnego stopnia przełożone na stosunki z innowiercami, jednak te
ostatnie wymagają osobnego potraktowania i zostają na II Soborze
Watykańskim ujęte w formie oddzielnego dokumentu.
Druga dyskusja dotyczyła redakcji tekstu na temat ludu żydowskiego
i ta była bez wątpienia najbardziej napięta. Trudności wynikały
z jednej strony z sytuacji na Bliskim Wschodzie: niektórzy obawiali
się, że dokument ten może się wydać obroną sprawy Izraela ze szkodą
dla świata arabskiego albo że przynajmniej zostanie w tym celu wykorzystany;
od tej chwili kardynał Bea czynił, co możliwe, by wykluczyć polityczną
interpretację tekstu i zagwarantować, że jego autorzy zwrócą się
wyłącznie ku religijnemu wymiarowi poruszanych problemów. Pozostałe
trudności były wyłącznie natury teologicznej: jak rozumieć miejsce
Izraela w historii zbawienia? W jednej z wersji tekst wyraźnie stwierdzał,
że ukrzyżowanie Jezusa nie powinno prowadzić do przedstawiania ludu
wybranego jako "narodu - bogobójcy". Kolejna wersja złagodziła
ten punkt, co mogło dać do myślenia, że zrobiono w tej kwestii krok
wstecz...
Dyskusja na Soborze zwróciła również uwagę na miejsce, które należało
przyznać różnym religiom świata. Początkowy projekt dotyczył wyłącznie
judaizmu, ale dość szybko pojawiły się zastrzeżenia, iż synod nie
może mówić o jednej religii niechrześcijańskiej, nie wspominając
o pozostałych.
Ten ostatni aspekt bardzo dobrze pokazuje znaczący zwrot, który
dokonał się na II Soborze Watykańskim w stosunku do innych religii.
Według słów teologa Karola Rahnera, Kościół katolicki zaczął się
jawić od tego momentu jako Kościół w wymiarach całego świata - nie
znaczy to, że wcześniej nie był obecny na wszystkich kontynentach,
ale dotychczas stanowił tam "europejski eksport", a od
tego momentu jego korzenie sięgały najbardziej różnorodnych tradycji10.
Co prawda deklaracja Nostra aetatae nie zajmuje się kulturami w
ogólnym rozumieniu, lecz wyłącznie religiami, przypominając o rozbieżnościach
oddzielających je od wiary chrześcijańskiej. Niemniej staje się
ona pełnym odbiciem nowego oblicza Kościoła w momencie II Soboru
Watykańskiego - oblicza Kościoła otwartego na świat i pragnącego
spotkania z nim na głębszej płaszczyźnie, żywiącego nadzieję skierowania
go pewnego dnia na drogę osiągnięcia pełni w Chrystusie.
Znaczenie takiego zwrotu tłumaczy oddalenie się niektórych chrześcijan
z tak wyraźnie wytyczonego przez Sobór szlaku na grani. Dali się
oni skusić różnym formom nietolerancji czy relatywizmu. Z jednej
strony to tu, to tam w imię największej szczodrości serca ryzykowano
pominięcie podstawowych rozbieżności między religiami świata, przeświadczenie,
że mają wszystkie ten sam tytuł do bycia "drogą do zbawienia",
zniesienie wszelkiego pojęcia wyższości jednej z nich nad pozostałymi
czy wyobrażenie harmonijnej syntezy najlepszych pierwiastków z każdej
z tych tradycji. Z drugiej strony, w reakcji sprzeciwu wobec takich
relatywistycznych prądów czy synkretyzmu albo pod wpływem innych
czynników - jak rozbudzenie fanatyzmu religijnego - zrodzić się
mogło przeświadczenie, że podejrzana jest każda wola dialogu z innowiercami,
że należy kontestować otwartość zalecaną przez Sobór i zająć bezwzględne
stanowisko, z którym dokument Nostra aetatae właśnie się rozstał.
Powracamy tu do dwóch skrajności - pokus wyżej już analizowanych.
Trzeba jasno jeszcze raz podkreślić, że w niczym nie kwestionują
one tego, co wnosi tekst Nostra aetatae. Pojawiają się raczej jako
jednostronne odstępstwa nieuznające paradoksu wprost wyrażonego
przez deklarację II Soboru Watykańskiego o religiach: nie odrzucać
nic, co jest w nich prawdziwe i święte, nie tracąc jednak z oczu
tego, co zwiastuje Chrystus, który jest "drogą, prawdą, życiem".
"Ekumenizm" pomiędzy wierzącymi różnych religii?
Zwróciłem uwagę na ewolucję, która doprowadziła w czasie Soboru
do ustanowienia osobnego dokumentu na temat religii, kiedy to pierwotna
wersja zakładała wcielenie go do dekretu o ekumenizmie. Sprawa relacji
łączącej dialog międzyreligijny i dialog w obrębie wyznań chrześcijańskich
od lat sześćdziesiątych stanowi przedmiot toczących się na nowo
dyskusji. Z jednej strony, słowo "ekumenizm" coraz częściej
stosowane było również w stosunku do pierwszego z nich: zaczęto
mówić o "ekumenizmie międzyreligijnym", a nawet uznano,
że staje się on obecnie czymś priorytetowym względem "klasycznego
ekumenizmu". W każdym razie sformułowano postulat rozszerzenia
tego pojęcia i stworzenia ekumenizmu prawdziwie "ekumenicznego",
to znaczy rozciągającego się na wszystkie wymiary świata:
Nasza epoka pyszni się swym duchem ekumenicznym i rzeczywiście
wzniosła się już ponad mentalność klanową, wystarczająco wysoko,
by uznać prawo do egzystencji innych klanów, czy przyjmą one nazwę
systemu filozoficznego, wierzenia religijnego, rasy lub narodu.
Ale niezależnie od ich znaczenia, wszystkie te ekumenizmy pozostają
w zasadzie ograniczone i odległe od ekumenizmu ekumenicznego 11.
Skądinąd zauważono fakt, że zastosowanie słowa "ekumenizm"
na określenie dialogu między wierzącymi różnych religii nie oddaje
wystarczająco zasadniczych różnic dzielących religie chrześcijańskie
i niechrześcijańskie. Pierwsze z nich, w przeciwieństwie do pozostałych,
wspólnie uznają Jezusa Chrystusa za "jedynego pośrednika między
Bogiem a ludźmi" (1 Tmt 2,5). Nie należy spodziewać się, że
tylko dlatego, iż ekumeniczne podejście pozwoliło uczynić wielki
krok naprzód w dialogu chrześcijańskim minionego wieku, to samo
nastąpić może w spotkaniu między religiami.
Sukces postawy ekumenicznej stał się przyczynkiem sądów, że
być może warto je rozszerzyć na inne religie. Jeszcze inne bardziej
specyficzne motywy skłoniły do tego: znaczenie, które dialog ten
może mieć dla budowania pokoju między narodami, szczególnie poczucie,
że wspólna wiara w Boga oraz podobne oddanie się Jego służbie
tworzy między wyznawcami różnych religii, na łonie świata coraz
bardziej wydanego na niewiarę pod wszelkimi jej formami, głębokie
powinowactwo, które dobrze byłoby wspólnie wykorzystać, aby lepiej
służyć Bogu. Nawet jeśli jest trochę prawdy w tych przekonaniach,
jest również niewyobrażalne, by między chrześcijaństwem i innymi
religiami zaistniało zbliżenie w sposób uproszczony i nawet odległy
analogicznie do tego, które się dokonało, może i powinno się jeszcze
dokonać, między wyznaniami chrześcijańskimi, z tego prostego powodu,
że pierwsze nie mają nic wspólnego ani ze źródłami powstania,
ani z historycznym przeznaczeniem pozostałych, co zabrania organicznego
ich połączenia w jeden plan objawienia i zbawienia12.
W istocie rzeczy dyskusja ta świadczy o istnieniu napięcia, które
samo w sobie może się okazać owocne. Możemy tu przywołać słowo Chrystusa
z Jana 17,21: "jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i
oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś".
Pragnienie jedności jest więc podporządkowane szerszej misji, i
w tym świetle rozumiemy, że trzeba zarazem utrzymać specyficzny
charakter ekumenizmu między chrześcijanami i konieczność dialogu
międzyreligijnego: jedno nie może zostać pomylone z drugim, ale
obydwie te postawy przywołują się, jak dwa oblicza jednego wspólnego
wymagania.
Chrześcijanie i żydzi
Mówiłem już, że tekst dotyczący żydów wzbudził w czasie Soboru intensywne
dyskusje; od tego czasu przeszły one w nowe fazy i kwestia stosunków
między chrześcijaństwem i religią Izraela zaznała niejednego kryzysu.
Oczywiście, na wstępie należy podkreślić niezmierne zdobycze, które
przyniósł na tym polu okres posoborowy: zmiana postawy względem
żydów miała silny wpływ na liturgię oraz na katechezę, pozwoliła
na powołanie instytucji, które mają wspierać dialog z judaizmem,
wreszcie doprowadziła do znamiennej wizyty Jana Pawła II w synagodze
w Rzymie w 1986 roku, a bardziej współcześnie do odnowienia stosunków
dyplomatycznych między Watykanem i państwem Izrael.
Zupełnie niezależnie od kwestii wiążących się z sytuacją polityczną
na Bliskim Wschodzie pojawiły się nowe trudności. Z jednej strony,
chodzi o reakcje wywołane wypowiedzią Jana Pawła II, który w 1980
roku, zwracając się do diaspory żydowskiej w Moguncji, przedstawił
Stare Przymierze jako nigdy niezniesione przez Boga; podczas gdy
Papież czynił odniesienie do listu do Rzymian 11,29 ("Bo dary
łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne"), niektórzy zrozumieli,
że jest w tym zdaniu dalej posunięta aluzja, która miała teologicznie
usankcjonować, z chrześcijańskiego punktu widzenia, aktualne trwanie
pierwszego Przymierza. Stolica Apostolska opublikowała następnie
dokument, który miał sprecyzować niejasności, ale tym samym wywarł
on na żydach wrażenie cofania się w tej kwestii 13.
Innym epizodem była sprawa karmelitanek z Oświęcimia: obecność w
tym miejscu zakonnic wydała się żydom odzyskiwaniem wpływów pozbawionym
szacunku dla pamięci tragicznych wydarzeń Holokaustu. Wiadomo, że
chrześcijanie zajmowali w tym sporze stanowiska niekiedy rozbieżne
i że Watykan musiał bezpośrednio interweniować, by zażądać opuszczenia
przez karmelitanki tego miejsca i zażegnać tym samym kryzys 14.
Problem "dróg do zbawienia"
Trzecia debata miała znaczenie w epoce posoborowej. Postawiono sobie
pytanie, czy wystarczy dopuścić możliwość jednego zbawienia dla
wszystkich ludzi i czy nie trzeba by sprecyzować, że zbawienie w
konkretny sposób dane zostało poprzez różne religie znane ludzkości
- a przynajmniej poprzez zawarte w nich najwyższe wartości. Problem
powstał szczególnie w kontekście niektórych krajów afrykańskich
i azjatyckich. Wydawało się, że w tych krajach chrześcijaństwo z
trudem otwiera się na bogactwo kulturowe takiej czy innej tradycji,
nie czerpiąc jednocześnie z jej bogactwa ściśle religijnego. Często
bowiem religia stanowiła tam podstawowy składnik kultury. W 1974
roku w czasie synodu o ewangelizacji kwestia ta została otwarcie
podniesiona przez kardynała Malula, który był w tym czasie arcybiskupem
Kinszasy w Zairze:
jeżeli koniecznym warunkiem zbawienia nie jest widoczna przynależność
do Kościoła, to do czego konkretnie zobowiązuje respekt należny
wartościom religijnym religii niechrześcijańskich? Jeżeli bowiem
brak wyraźnej przynależności do Kościoła może nie stanowić przeszkody
do zbawienia, to znaczy, że za pośrednictwem Chrystusa, Bóg zbawia
pogan za przyczyną wartości religijnych ich kultury.
W kolejnych latach różne formy inkulturacji miały na celu wcielenie
w życie zasady w ten sposób sformułowanej: przez sam fakt bycia
otwartym i przyjmowanie symboli czy praktyk wnoszonych przez inne
tradycje religijne uznawano, że Bóg może udzielać się w pewien sposób
poprzez nie. To doświadczenie szczególnie było rozwijane w Indiach,
w ramach niektórych miejsc skupienia czy aśramów.
I ta ewolucja nie obyła się bez wzbudzenia silnych obiekcji. Jedne
pochodziły od samych innowierców podejrzewających w postawie chrześcijan
nową taktykę pozyskania kolejnych adeptów. Niech świadectwem tego
będzie chociażby zacytowana tu reakcja buddysty á propos inkulturacji:
takie praktyki kojarzą się z "taktyką kameleona, który przybiera
kolory otoczenia, by zmylić ofiarę" 15.
Obiekcje jednak wysuwano przede wszystkim wewnątrz wspólnoty chrześcijańskiej:
czy nie powstaje ryzyko, że pod przykrywką inkulturacji usankcjonowany
zostaje powrót do praktyk pogańskich? Czy nie ryzykujemy, pozwalając
na podtekst, iż ogólnie wszystkie religie są zasadne, podczas gdy
w części są one wręcz nie do pogodzenia z tradycją chrześcijańską?
Czy wreszcie nie ryzykujemy, że lekceważymy w ten sposób dosłowny
przekaz Ewangelii i jawne świadectwo, którego ona się domaga?
W tle tego sporu odnajdujemy zasadniczy problem, który od kilkudziesięciu
lat przyciąga uwagę teologów: czy możliwe jest pogodzenie wiary
w Jezusa Chrystusa, "jedynego pośrednika między Bogiem a ludźmi"
(1 Tm 2,5), z uznaniem, że wartości zbawcze mogłyby się znajdować
również w innych religiach świata?
Synkretyzm
Jest jeszcze inne zjawisko, które obecnie staje się coraz powszechniejsze,
nosi ono miano synkretyzmu. Rozumie się przez nie mieszanie czy
też fuzję wierzeń zapożyczonych z różnych tradycji religijnych,
które jednak nie są między sobą spójne. Niewątpliwie wszystkie stare
religie na przestrzeni czasu włączyły w swój system różnorodne elementy
ze świata kultury, w której się rozwijały. Jednak z synkretyzmem
w ścisłym tego słowa znaczeniu mamy do czynienia wówczas, gdy pierwotna
tożsamość jakiejś religii zostaje rozcieńczona do tego stopnia,
że ustępuje miejsca całkiem nowej kombinacji wierzeń. Ewolucja tego
typu niekoniecznie wynika z dokonanego wyboru. Powszechnie okazuje
się czymś, co samo narzuca się ludziom, nie wyłączając ochrzczonych,
w świecie coraz bardziej naznaczonym przez różne koktajle kulturowe
i religijne. Spójrzmy na przykład na sukces, który osiągnęły na
Zachodzie doktryny pochodzenia orientalnego (przede wszystkim doktryna
reinkarnacji), a szerzej jeszcze na mozaikę wierzeń, który to termin
zdaje się dobrze oddawać współczesną sytuację religijną 16.
Chrześcijanin nie może oczywiście poprzestać na stwierdzeniu, że
takie zjawisko występuje, a bieżąca refleksja na temat innych religii
powinna pomóc mu demaskować różne formy synkretyzmu oraz pokazywać,
w czym są one nie do pogodzenia z przekazem ewangelicznym.
1966
tłum. Katarzyna Kubaszczyk
MICHEL FÉDOU ur. 1952, jezuita, doktor teologii, filolog
klasyczny, wykładowca w Centre Sčvres w Paryżu, doktorat napisał
na temat "Chrześcijaństwo i religie pogańskie w Przeciw Celsusowi
Orygenesa".
Przypisy:
1 Fragmenty I rozdziału książki Michela Fédou SJ Les religions selon
la foi chrétienne, Paryż 1996, Cerf.
2 Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae (7 grudnia
1965 roku), 2.
3 Dignitatis humanae, 4. Powyższe cytaty, jak i inne przytoczone
tutaj fragmenty dokumentów soborowych, pochodzą z Sobór Watykański
II - Konstytucje, dekrety, deklaracje, Poznań 1986, Pallotinum.
4 Ibidem.
5 Po raz pierwszy zdarzyło się, żeby papież podjął taką inicjatywę;
chociaż w 1893 roku miał już miejsce w Chicago "Parlament religii",
ale spotkanie to zostało zorganizowane przez Kościół prezbiteriański
i Kościół katolicki Stanów Zjednoczonych (za przyzwoleniem papieża
Leona XIII).
6 Być razem, aby się modlić, "L'Osservatore Romano", 10
(84) 1986, s. 6.
7 Ibidem.
8 Ibidem, 3.
9 Ibidem, 4.
10 "Die Zukunft der Kirche und die Kirche der Zukunft",
Schriften zur Theologie, vol. XIV, Zurich-Einsiedeln-Cologne 1980,
Benzinger Verlag, s. 319-332. Odnieśliśmy się w niniejszym opracowaniu
wyłącznie do dokumentu soborowego, ale Magisterium Kościoła Katolickiego
wystosowało od tego czasu również inne dokumenty na temat religii
pozachrześcijańskich; w niniejszej pozycji zob. s. 99-100. Ponadto
i inne Kościoły opublikowały na ten temat liczące się opracowania;
zob. szczególnie dokument Rady Ekumenicznej Kościołów: Przewodnie
linie dialogu między religiami i ideologiami naszych czasów, Genewa
1979.
11 Raimundo Panikkar, Religie świata w dialogu, Warszawa 1986, PAX.
12 Joseph Moingt, Recontre des religions, w: "Études"
1/1987, s. 106.
13 Jan Paweł II, Głębia i bogactwo wspólnego dziedzictwa. Przemówienie
w Moguncji do przedstawicieli gminy żydowskiej, 17 listopada 1980
roku. Zob. "Znak" 339-340 (2-3/1983), s. 196-198.
14 Zob. List Jana Pawła II do karmelitanek z Oświęcimia (9 kwietnia
1993 roku).
15 Aloysius Pieris, Une théologie asiatique de la libération, Paryż
1990, Ed. du Centurion, s. 100.
17 Wiadomo, że wyrażenie to chętnie jest używane przez współczesnych
socjologów religii.
Tekst publikujemy za zgodą wydawnictwa "W drodze"
|