|
|
Ciekawe artykuły
Czy możliwy jest dialog między religiami? (po 11 września)
ks. Tomasz Węcławski
Zacznę od wyjaśnienia, że do wyjaśnienia "po 11 września"
nie zamierzam przywiązywać w tym wykładzie nadmiernej wagi. Sprawa
dialogu religijnego i międzyreligijnego jest przecież dla naszego
świata bardziej fundamentalna, niż to, co ujawniły wydarzenia symbolizowane
przez dzień 11 września 2001 roku. Jest zapewne prawdą, że wydarzenia
te pokazały słabość pewnego dotąd mimo wszystko przez wielu zakładanego
fundamentu zaufania między postchrześcijańską cywilizacją i społecznością
zachodnią a cywilizacją i społecznością islamską. Jednakże niekoniecznie
dotyka to możliwości i istoty dialogu międzyreligijnego. Sądzę,
że dialog ten nie jest dzisiaj ani mniej, ani bardziej możliwy niż
był przed 11 września. Jest jednak z pewnością tak, że wielu teraz
bardziej niż przedtem uświadamia sobie potrzebę i trudności takiego
dialogu, wielu też usilnie pragnie, żeby okazał się on możliwy,
skuteczny i owocny, żeby przynajmniej na tej płaszczyźnie znikły
przyczyny konfliktu. Tym bardziej warto zdać sobie sprawę z realiów,
rzeczywistych trudności i rzeczywistych możliwości podjęcia i prowadzenia
takiego dialogu - zatem z całej powagi i ostrości problemu - i to
tak, żeby nie przeszkadzały nam w tym żadne pozorne oczywistości
czy stereotypy. Tak rozumiem moje zadanie w ramach tej krótkiej
refleksji.
Chciałbym sformułować i rozwinąć stosunkowo prostą tezę. Brzmi
ona:
Dialog międzyreligijny z udziałem pewnej wspólnoty religijnej
jest możliwy w takim stopniu, w jakim możliwy jest dialog wewnątrz
takiej wspólnoty.
To jest moja teza pierwsza. W dalszym rozważaniu dołączę do niej
trzy następne, również stosunkowo proste. Prostota taka nie powinna
nas jednak zwieść. Odpowiedź na pytanie o możliwość dialogu religijnego
jest trudniejsza, niż się może wydawać. Jakkolwiek doświadczenie
religijne jest ze swojej istoty doświadczeniem dialogicznym, nie
znaczy to jednak bynajmniej, że wyrastające wokół niego wspólnoty,
instytucje i struktury także muszą być "dialogiczne" albo,
że jeśli takie nie są, tym samym sprzeniewierzają się istocie doświadczenia
religijnego, z którego wyrosły.
Realia są bardzo różne. Mamy do czynienia z wspólnotami, które są
niewątpliwie religijne i niewątpliwie są miejscem dialogu. Mamy
też do czynienia z takimi, w których dialog wewnętrzny okazuje się
trudny, wątpliwy, czy wprost niemożliwy.
Sprawia to, że mapa możliwych "dialogów międzyreligijnych"
okazuje się mocno zróżnicowana. Może się czasem wydawać, że znajdujemy
na niej więcej niemożliwości i przeszkód, niż sytuacji rzeczywiście
obiecujących. Z tego powodu odzywają się wątpliwości lub wprost
sprzeciw niektórych chrześcijan wobec inicjowania dialogu z tymi
społecznościami religijnymi, które bynajmniej nie przystępują doń
z taką samą gotowością, jaką wykazują proponujący dialog chrześcijanie.
W obliczu takich wątpliwości warto jednak zauważyć, że - przy wszystkich
istniejących w tej dziedzinie różnicach - wspólnoty religijne, które
tworzą żywi ludzie, nigdy nie są od siebie nawzajem zupełnie izolowane,
a dzisiaj izolacja taka jest jeszcze mniej możliwa niż była kiedykolwiek.
W realiach naszego świata wspólnoty religijne stanowią zatem raczej
system naczyń połączonych niż zbiór zamkniętych monad. Oznacza to,
że co się dzieje w jednej, prędzej czy później ujawnia się też w
innych - nawet jeśli komunikacja między nimi nie jest łatwa i bywa
mocno zakłócona. Jest zatem tak (i nie jest to bynajmniej stwierdzenie
przesadnie optymistyczne, ale realistyczne), że im bardziej my sami
stajemy się zdolni do rzeczywistego religijnego dialogu wewnątrz
tej wspólnoty, do której należymy, tym większe stają się szanse
na dialog międzyreligijny z jej udziałem. To jest moja druga teza.
Wynika z niej, że dialog międzyreligijny przygotowujemy i otwieramy
nie tylko bezpośrednio porozumiewając się z przedstawicielami innych
religii i światopoglądów, stawiając pytania i szukając mniej lub
bardziej wspólnych odpowiedzi, ale najpierw wtedy, kiedy gotowi
jesteśmy do dialogu sami ze sobą i z innymi członkami naszej własnej
społeczności religijnej.
Dlatego też pierwszym przedmiotem naszego pytania i naszej troski
w perspektywie wyznaczonej przez temat tego wykładu powinna być
sprawa dialogu religijnego wewnątrz społeczności chrześcijańskiej,
a w szczególności wewnątrz Kościoła Katolickiego. Tej sprawie poświęcę
zatem główną część tego wykładu - by w jego części ostatniej zwięźle
pokazać nadzieję płynącą z chrześcijańskiej gotowości do dialogu
dla dialogicznej przyszłości wspólnego świata religii. Żeby uderzyć
w samo meritum sprawy moje pytanie sformułuję tak:
W jakim stopniu w Kościele możliwy jest dialog religijny?
Oczywistym założeniem tego pytania jest, że dialog religijny jest
w Kościele możliwy. Chodzi też oczywiście o dialog religijny między
ludźmi. Kwestii religijnego dialogu z Bogiem (to jest modlitwy)
na tym miejscu nie podejmuję. Pytanie dotyczy zatem miejsca i zakresu
dialogu religijnego w życiu ludzkiej społeczności Kościoła.
Punkt wyjścia wyda się może nieco zaskakujący. Chciałbym mianowicie
przytoczyć na początek fragment "Fabryki absolutu" Karla
Eapka. Historia jest następująca: Pewien inżynier, nazwiskiem Marek,
ateista, zdołał zbudować silnik działający na zasadzie rozbicia
atomu i anihilacji materii (trzeba pamiętać, że Eapek pisał to na
początku lat dwudziestych minionego stulecia). Silnik działa fantastycznie,
ma niezwykłą wydajność, problem polega jedynie na tym, że jako produkt
uboczny uwalnia czysty Absolut. Jest to "chemiczne nic, działające
z niewiarygodną energią", jak stwierdza inżynier Marek, który
tłumaczy rzecz całą odwołując się do Spinozy, Leibniza i Fechnera,
to jest do nowożytnych spekulacji o bytowym związaniu materii z
duchem czy wprost z boskością. Ateista Marek przeżywa w piwnicy,
w której bada swój silnik, stany mistyczne - i to samo zdarza się
wszystkim, którzy znajdą się w zasięgu działania jego wynalazku.
Kontakt z wolnym Absolutem wywołuje wzmocnienie religijnych nastawień
i skłonności poszczególnych osób (albo przywrócenie religijności
dawno utraconej) i dlatego nie tylko nie usuwa religijnych podziałów
i napięć między ludźmi, ale przeciwnie wzmacnia je i radykalizuje.
Wynalazca chciałby swoje dzieło sprzedać i w tym celu porozumiał
się z wielkim kapitalistą Bondym, uprzedzając go o niepożądanych
efektach ubocznych wynalazku. Bondy jest zainteresowany zyskiem
i postanawia zminimalizować niepożądane skutki religijne używania
karburatorów inżyniera Marka. W tym celu porozumiał się z przedstawicielem
władzy kościelnej i dowiedział się,
że z katolickiego stanowiska nie może tu być mowy o Bogu, że
Kościół jednoznacznie odrzuca hipotezę panteistyczną i zakazuje
jej jako herezji; jednym słowem, że to nie jest żaden legalny, uprawniony
Bóg, wspierany autorytetem Kościoła; (...)
"Czyli nie odczuł tam żadnych zjawisk nadprzyrodzonych?"
[ - pyta inżynier Marek]
"Przerobił wszystko: iluminacje, czynienie cudów, ekstazy,
wszystko. Temu on nie przeczy, że się te rzeczy tam dzieją."
"A jak to, proszę cię, w takim razie wyjaśnia?"
"Nijak. Mówił, że Kościół nie wyjaśnia, tylko nakazuje albo
zakazuje.1
Mocne i złośliwe, ale jak każda karykatura nie bez fundamentu in
re. Można w tym widzieć tylko antykościelną złośliwość. Jednakże
nie pozbywamy się w ten sposób kwestii o wiele poważniejszej, która
naprawdę kryje się za takim sposobem mówienia o Kościele. Nasza
spontaniczna reakcja na tekst Eapka jest ważna. Także ci, którzy
nie mogą się zgodzić ze słowami "Kościół nie wyjaśnia, tylko
nakazuje albo zakazuje", zdają sobie sprawę z tego, że w ich
skrótowej przesadzie jest coś trafnego. Dlaczego? Czy nie dlatego,
że wielu z nas stawia sobie dotyczące wiary pytania, na które nie
otrzymuje, ani nawet nie spodziewa się odpowiedzi "Kościoła"?
Nawet jeśli łatwo pokazać, jak uproszczony i niemądry sens ma słowo
"Kościół" w takiej karykaturze, problem bynajmniej nie
znika. Ale dodajmy też dla jasności: to, co tu powiedziano, nie
oznacza, że Kościół nie zna prawdy, którą mu powierzono, albo że
nią nie żyje. Trudność tkwi nie w niedostatku prawdy w Kościele,
ale w ludzkim sposobie obchodzenia się z prawdą.
Rzecz jest z pewnością o wiele bardziej złożona. Niechęć do wyjaśniania,
do podnoszenia i rozwiązywania wątpliwości w sprawach religijnych,
nie jest przecież jedynie sprawą Kościoła jako religijnej instytucji.
To jest również sprawa Kościoła jako wspólnoty ludzi religijnych.
Wielu z nich chce dla siebie takiej właśnie religijności, która
nie wyjaśnia, a jedynie mówi, co i jak. Nie chcą wątpliwości, nie
chcą pytań, nie chcą wielu możliwych odpowiedzi. Chcą prostych i
czytelnych zasad, prostych i czytelnych zobowiązań. Chcą wyznania
wiary, które rozprasza wątpliwości - nawet jeśli czyni to w ten
sposób, że przecina dyskusję i mówi jedynie, co trzeba, a czego
nie trzeba. Nie chcą zatem i tej możliwości, że obok nich, w ich
własnym świecie, mogłoby się pojawić coś, co zmusiłoby ich do zmiany
osobistego dotychczasowego przekonania i jego religijnego oparcia.
Mówię w trzeciej osobie liczby mnogiej. Mówię o "nich".
Nikt jednak, podkreślam: nikt, nie powinien sądzić, że takie zamknięcie
się w samowystarczalności tego, co własne, i wywodząca się stąd
odmowa dialogu zdarza się tylko innym, nie nam. Nawet najbardziej
niespokojne duchy, ludzie wątpiący we wszystkich i we wszystko,
mają miejsca i sprawy, których ani sobie samym, ani nikomu innemu
nie pozwolą dotknąć. Czasem już tylko to pozostaje ich religią -
i to właśnie przeszkadza im spotkać się z innymi. Im silniejsze,
im bardziej wszechogarniające jest doświadczenie religijne, tym
silniejsze przekonanie, że stanowi ono ostateczną i pełną odpowiedź
na istotne pytania albo raczej na właściwy problem człowieka ze
sobą samym i światem.
Zatem w jakiej mierze w Kościele, tworzonym także (i to w niemałym
stopniu) przez ludzi religijnych w taki właśnie nie-dialogiczny
sposób, możliwy jest rzeczywisty religijny dialog? Mam na myśli
dialog z podstawowymi przeświadczeniami i doświadczeniami własnej
wiary, a nie np. dialog między różnymi ich interpretacjami czy też
dialog między różnymi społecznościami chrześcijańskimi, które takim
czy innym interpretacjom hołdują.
W związku z tak postawionym pytaniem możemy pójść w dwu kierunkach:
1' albo obiektywnie pokazać miejsca, instytucje i okoliczności,
w których dialog taki się aktualnie toczy (ewentualnie stawiając
pytania dodatkowe, dotyczące np. jego rzeczywistego zasięgu i skutków
oraz związanych z nim trudności),
2' albo też zapytać raczej o subiektywne warunki możliwości takiego
dialogu - inaczej mówiąc o to, z czego każdy z nas powinien zdać
sobie sprawę, byśmy mogli nie tylko owocnie uczestniczyć w dialogu
religijnym zapoczątkowanym przez innych, ale naszą obecnością, naszą
wiarą i naszym słowem powodować taki dialog i wciągać weń wszystkich,
którzy usłyszą i przyjmą wezwanie.
Kierunek pierwszy wydaje mi się mało obiecujący. Niewiele osiągniemy
wyliczając i ewentualnie krytykując miejsca i drogi dialogu toczącego
się dzisiaj wewnątrz społeczności chrześcijańskiej i kościelnej.
Wybieram zatem kierunek drugi.
Początek dialogu religijnego: uznanie własnej niewystarczalności
Wymienię najpierw cztery zdecydowanie niewystarczające pozycje
wyjściowe dialogu religijnego z innymi, a następnie wskażę na istotne
elementy właściwej wyjściowej świadomości uczestnika takiego dialogu:
1' Pozycja ateistyczna: Ateizm rozumiem tu wąsko - jako przekonanie,
że nie istnieje autentyczne doświadczenie religijne, a więc żadna
religia nie jest prawdziwa. Pomijam kwestię możliwości sformułowania,
uzasadnienia i podtrzymania takiego twierdzenia. Zauważmy jedynie,
że zarówno w takim, jak też tym bardziej w zaostrzonym, ideologicznym
określeniu tej pozycji (żadna religia nie może być prawdziwa), wyklucza
ona z góry możliwość dialogu; wyrastający z nieautentycznych doświadczeń
dialog nieprawdziwych religii i dialog z nimi może być tylko (czasem
przydatną) fikcją.
2' Pozycja absolutystyczna: tylko jedna jedyna religia jest prawdziwa
i tylko w jej ramach możliwe jest autentyczne doświadczenie religijne
(bez samooszukiwania) - wszystkie inne muszą być nieprawdziwe. Występuje
ona czasem w postaci nieco osłabionej, uznającej subiektywną (tylko
i wyłącznie subiektywną) prawdziwość religijnych doświadczeń dokonywanych
poza tym jedynym obiektywnie i absolutnie prawdziwym. Jednak w każdym
wypadku takie spojrzenie z zasady uniemożliwia dialog.
3' Pozycja relatywistyczna: każde religijne doświadczenie zawiera
w sobie cząstkę autentyczną - stąd każda religia jest na swój sposób
prawdziwa, ale żadna nie jest bardziej prawdziwa niż inne. Przyjęcie
takiej pozycji stanowi największą pokusę tych, którzy nauczyli się
cenić wszystkie historyczne doświadczenia religijne, religie czy
sposoby wierzenia i dostrzegać wartości każdego z nich. Jest to
jednak rzeczywiście niebezpieczna pokusa. Takiego twierdzenia nie
da się podtrzymać obiektywnie: kto naprawdę poznał różne doświadczenia
religijne, nie będzie wcale przekonany o ich względnie równej wartości.
Takiego twierdzenia nie da się również podtrzymać subiektywnie:
kto raz przeżył rzeczywiste doświadczenie religijne, przeżył je
w jego własnym kontekście kulturowym i historii, nie może więc odtąd
traktować wszystkich innych doświadczeń religijnych tak jak własnego;
jeśli zaś nigdy nie przeżył rzeczywistego doświadczenia religijnego
(co nie wydaje się możliwe), tym bardziej nie może się wypowiadać
o wartości religijności innych.
4' Pozycja inkluzywistyczna: jedna religia jest prawdziwa, wszystkie
inne stanowią jej częściowe urzeczywistnienia. Musimy zwrócić szczególną
uwagę na taką właśnie wyjściową postawę dialogu, ponieważ może się
wydawać, że ona właśnie wyraża samoświadomość Kościoła w dialogu
ekumenicznym wewnątrzchrześcijańskim i w dialogu międzyreligijnym.
Tak jednak nie jest - jeśli rozumiemy, że poza aktualnym historycznym
doświadczeniem każdej określonej wspólnoty religijnej czy kościelnej
istnieją autentyczne i autonomiczne wartości religijne. Poza tym,
jak już zauważyliśmy, skoro każda rozwinięta i dojrzała tradycja
religijna łatwo skłania się ku takiemu samozrozumieniu (a więc uważa
się za pełnię tego, co gdzie indziej obecne jest tylko cząstkowo),
przekonania takie wzajemnie się wykluczają i tym samym stają się
problematyczne - przynajmniej jako punkt wyjścia międzyreligijnego
dialogu.
Wynika stąd, że w dialogu religijnym można rzeczywiście owocnie
uczestniczyć tylko z perspektywy jednej, świadomie przyjętej, własnej
religii. Otwarcie na dialog nie może oznaczać zakwestionowania wierności
tej jednej własnej religii, jej historii i wymaganiom, ale przeciwnie,
domaga się takiej wierności - owoce dialogu mogą być widoczne tylko
wewnątrz własnego religijnego świata człowieka, który w tym dialogu
uczestniczy. Oznacza to jednak uznanie własnej religijnej niesamowystarczalności.
Obu tych postaw: wierności własnemu doświadczeniu religijnemu (nie
tylko w zasadzie, generalnie czy co do rzeczy istotnych, ale w jego
całości) oraz uznania własnej religijnej niesamowystarczalności,
należy zatem oczekiwać od wszystkich uczestników dialogu. Jeśli
u kogokolwiek z możliwych uczestników dialogu takiej postawy brak,
bezpośredni dialog jest praktycznie biorąc niemożliwy. Pozostaje
wtedy jedynie możliwość jednostronnej pracy nad oczyszczeniem i
pogłębieniem własnej postawy religijnej wobec doświadczenia religijnego
innych. Moja teza trzecia brzmi zatem:
Warunkiem rozpoczęcia jakiegokolwiek religijnego dialogu jest
uznanie własnej religijnej niesamowystarczalności. Kto w swojej
wierze, w swoim życiu religijnym i w społeczności religijnej, do
której należy, czuje się samowystarczalny, ten nie rozpocznie dialogu,
bo nie zechce związanego z nim ryzyka. Kto od swojej religijności
domaga się wyłącznie oparcia i bezpieczeństwa - i znajduje je w
stopniu wystarczającym, ten oczywiście nie będzie się wystawiał
na ryzyko dialogu. Na ryzyko takie nie wystawi się również ktoś,
kto w imię religii jedynie żąda, zakazuje i nakazuje.
To, że początkiem uczestnictwa w dialogu miałoby być uznanie niewystarczalności
własnego religijnego doświadczenia, może jednak budzić wątpliwości.
Czy nie oznacza to czegoś bardzo trudnego do pogodzenia z poczuciem
pewności i spokoju, które stanowi prawdziwą siłę ludzi religijnych?
Czy nie oznacza zakwestionowania prawdy własnego religijnego doświadczenia?
Powtórzymy zatem: bynajmniej nie chodzi tu o zakwestionowanie wartości
własnej tradycji religijnej, a jedynie o zakwestionowanie naszej
religijnej samowystarczalności. Zakwestionowanie to dotyczy nas
samych, a nie tego, w co wierzymy. Trzeba zdawać sobie sprawę z
tego, że każda religia stanowi bardziej postawione przed człowiekiem
czy ludzką społecznością zadanie, niż bezwzględną odpowiedź na pytania
ludzi i spełnienie ich pragnień. To jest teza czwarta. Teraz będzie
już tylko komentarz.
Podkreślam tu zdecydowanie: każda religia jest bardziej zadaniem
niż odpowiedzią - istnieje bowiem (wśród chrześcijan) pokusa wyłączenia
chrześcijaństwa spod tej zasady - pokusa z pozoru uzasadniona. Tymczasem
sprawa dotyczy niewątpliwie również chrześcijaństwa. Gotów jestem
powiedzieć nawet, że sprawa ta dotyczy chrześcijaństwa bardziej,
niż wielu innych ludzkich doświadczeń religijnych, skoro w samym
sercu chrześcijańskiego doświadczenia znajdujemy wolność Jezusa,
która w tym świecie nie obawia się niczego, i zwycięża nie przez
to, że wyznacza sobie i innym bezpieczne drogi, ale przez to, że
nie waha się zstąpić w największą otchłań ludzkiego nieszczęścia.
Taka wolność jako serce chrześcijaństwa bywa przyjmowana z nieufnością,
zdziwieniem czy wprost ze zgorszeniem - czasem także przez samych
chrześcijan. Warto w związku z tym przypomnieć główny zarzut Wielkiego
Inkwizytora z powieści Dostojewskiego wypowiadany wobec Jezusa Ewangelii:
(...) Zamiast opanować wolność ludzką, jeszcze bardziej ją zwiększyłeś!
Czyś zapomniał, że człowiek woli spokój, a nawet śmierć, od wolnego
wyboru w poznaniu dobra i zła? Nie ma nic bardziej ponętnego dla
człowieka nad wolność sumienia, ale nie ma też nic bardziej męczącego.
I oto zamiast dać twarde podwaliny, aby raz na zawsze uspokoić ludzkie
sumienie - przyjąłeś wszystko, co jest nieokreślone, zagadkowe,
niezwykłe, wszystko, co przerasta siły ludzkie, a więc postąpiłeś
tak, jakbyś ich wcale nie kochał - i to Ty, któryś przyszedł oddać
za nich życie Swoje! Zamiast dawnego twardego prawa - odtąd człowiek
miał w swobodzie swojego serca rozstrzygać sam, co jest dobre, a
co złe, mając tylko przed sobą Twój obraz, Twój wzór. Ale czyś Ty
nie pomyślał, że człowiek w końcu odrzuci nawet Twój obraz i Twoją
prawdę, jeżeli się go obciąży takim strasznym brzemieniem jak wolność
wyboru? (...) Nie można ich było zostawić w większym zamęcie i męczarni,
niż Tyżeś to zrobił, pozostawiając im tyle trosk i tyle nie rozstrzygniętych
zadań! Istnieją trzy siły, tylko trzy siły na ziemi, które mogą
na wieki zniewolić i zjednać sumienia tych słabych buntowników dla
ich szczęścia: Te siły - to cud, tajemnica i autorytet. Odrzuciłeś
jedno i drugie i trzecie i sam dałeś przykład. (...) Nie zszedłeś
z krzyża, gdy wołano, natrząsając się i drwiąc z Ciebie: ŤZejdź
z krzyża, a uwierzymy, żeś to Ty.ť Nie zszedłeś, ponieważ nie chciałeś
zniewolić człowieka cudem i pragnąłeś wiary wolnej, a nie wiary
przez cud.2
Jezus milczy. Trzeba przyjąć milczącą odpowiedź Jezusa. Miejsce,
na którym On umiera w wołaniu o Boga, jest źródłem i oparciem dialogu
chrześcijanina ze sobą samym, ze światem i z każdym człowiekiem.
To jest miejsce objawienia Boga naszej wiary.
Przeciw tak dramatycznemu sposobowi myślenia o Bogu i wierze łatwo
rzucić całą siłę wielkiej chrześcijańskiej teologii ukazującej Boga
w Jego wspaniałości, pięknie, majestacie, wszechmocy i pełni - albo
raczej wydaje się, że łatwo to zrobić. Jednakże jest to siła i łatwość
w gruncie rzeczy pozorna i złudna. Nie powinniśmy tego robić, jeśli
chcemy wiedzieć, kim jesteśmy i jeszcze możemy być dla tego świata
jako chrześcijanie. Powtórzę dlatego na tym miejscu, co kiedyś napisałem
o pewnym zwykle skrywanym przeżyciu i związanym z nim męczącym podejrzeniu.3
Zależy mi, żeby to, co powiem, zostało przyjęte tak, jak zostanie
powiedziane: jedynie jako sygnał i znak czegoś, o czym bardzo trudno
mówić w sposób dostatecznie jasny, zrównoważony i uporządkowany.
Nie mogę jednak o tym nie mówić, jeśli mam pokazać, co jest szansą
naprawdę chrześcijańskiego dialogu z samymi sobą i z innymi.
Wydaje mi się mianowicie, że znam dobrze i od dawna dziwne, niejasne
i niepokojące poczucie, że nie jest tak, jak nam mówią o Bogu i
jak my sami na co dzień mówimy o Nim za innymi, że to wszystko nie
jest taką prawdą o Bogu, jaką (zdawało się nam dotąd) być powinno.
Odkąd to poczucie znam, nie mogę nie pytać samego siebie, czy to
jest tylko moje własne wyjątkowe trudne doświadczenie - tak czy
inaczej przeze mnie samego zawinione - czy też może jest tak, że
i innym ludziom (na co dzień spokojnie wierzącym) zdarzają się chwile,
w których mniej lub bardziej jasno czują i wiedzą to samo. Nie mogę
się dziwić, że kto coś takiego przeżywa, zazwyczaj nie chce o tym
mówić (nawet z sobą samym) - najpierw dlatego, że nie są to sprawy,
o których chrześcijanie chętnie rozprawiają publicznie, ale jeszcze
bardziej dlatego, że wobec takich przeżyć łatwo o przypuszczenie,
że to tylko z nami samymi jest coś nie w porządku, a wszyscy inni
zapewne czują dokładnie tak, jak wierzą i mówią.
Co to naprawdę jest? Z czego bierze się nasz przestrach i obawa
przed mówieniem o tym niepokojącym poczuciu? Czy nie z mocno i głęboko
tkwiącego w nas przekonania, że jeśli Bóg naszej wiary nie zechce
być w naszym bezpośrednim i osobistym doświadczeniu taki, jaki (w
bardzo uproszczonym mniemaniu wielu) być powinien, to będzie źle;
że wtedy okaże się może tylko naszym samozłudzeniem, niemądrą wymówką,
beznadziejną próbą ukrycia się przed prawdą o nas samych i o naszym
świecie - że więc pokaże się wtedy raz na zawsze z ostateczną i
nieubłaganą pewnością, że już naprawdę nie ma na co czekać: niczego
lepszego, niczego piękniejszego, niczego bardziej wzniosłego, niż
to biedne i głupie, co wciąż na nowo widzimy w sobie i wokół siebie,
nie ma, nigdy nie było i nigdy nie będzie ... ?
Są i zawsze byli ludzie zdolni mówić o tym głośno. Zawsze też innym,
nie przeżywającym tego rodzaju trudności, łatwo było uznać ich za
biednych, pogubionych, godnych litości, choć czasem może i szacunku,
czasem próby dyskusji albo świadectwa, że naprawdę jest inaczej
niż oni myślą. Czy jednak to, że są tacy ludzie i że dzisiaj jest
ich wokół nas wcale nie mało, załatwia cokolwiek w nas samych? Przecież
tego, co oni mówią głośno lub tylko dają nam do zrozumienia swoją
postawą, naprawdę nikt nie musi nam osobno przedstawiać i uświadamiać,
przecież nikt nie musi nam tego wyjaśniać w mniej lub bardziej przenikliwych
traktatach o przyczynach i nieuchronności upadania religii albo
pokazywać w niespokojnych świadectwach sztuki wykrzykującej ból
i zagubienie człowieka pozostawionego samemu sobie, albo przypominać
przez codzienną odmowę przyznania się do źródeł, symboli i wymagań
naszej wiary. Zwątpienie nie oszczędza nikogo. Wielu z nas wie o
tym dobrze, może nawet wie to każdy świadomie wierzący, ale nawet
jeśli to wiemy, niekoniecznie gotowi jesteśmy do tego się przyznać.
A przecież w lęku przed takim doświadczeniem i przed przyznaniem
się do niego tkwi pewne bardzo trudne do uniknięcia nieporozumienie.
Bo to wcale nie jest prawda, że jeśli Bóg nie zechce być w naszym
doświadczeniu tym, czym według naszych oczekiwań być powinien, wszystko
okaże się gorsze. Jednakże nie jest to prawdą wcale nie dlatego,
że On musi okazać się lepszy zgodnie z prostą regułą, według której
Bóg jest zawsze i z zasady lepszy, niż to, co o Nim myślimy. Cała
ta sprawa w ogóle nie ma prawie nic wspólnego z tym, co o Bogu myślimy
(albo nie), co o Nim potrafimy powiedzieć (albo nie), czego się
po Nim spodziewamy (albo nie).
O co zatem chodzi? Tylko o to jedno: że Bóg przychodzi nie z naszych
myśli o Bogu i nie z naszej nadziei na Boga i nie z naszych pytań
o Niego, ale stamtąd, skąd się Go wcale nie spodziewamy. Dlatego
właśnie to, co inne, obce i niepokojące, bynajmniej nie musi być
zagrożeniem dla świata naszej wiary. Nie znaczy to oczywiście, że
zagrożeniem być nie może. Nie musi przecież być i bynajmniej nie
zawsze jest nam przyjazne. A jednak zazwyczaj jest bardziej darem,
niż myślimy - jeśli tylko wiemy, jak dar ten można przyjmować.
Obecność innych jest darem
Dlatego kiedy słucham innych, dotąd mi obcych ludzi religijnych,
przemawiających teraz w moim duchowym świecie z głębi prawdy swojego
duchowego świata, nie chcę i nie mogę wyrzucać ich z mojego świata,
nawet jeśli tego, z czym weń wchodzą, nie zdołam, nie będę chciał,
czy też nie będzie mi wolno ostatecznie przyjąć. Chcę, żeby oni
w moim świecie byli; chociaż bynajmniej nie chcę, żeby mi mój świat
zabrali czy zniszczyli. Gdyby groziło mi to drugie, to w imię wierności
temu wybraniu, którym zostałem wybrany, musiałbym się bronić, nawet
za cenę własnego życia. Konieczność takiej obrony in extremis jest
konsekwencją tego, co przenika samo serce doświadczenia religijnego.
Łatwo zauważyć, że taka postawa akceptacji obcych głosów w naszym
własnym duchowym świecie nie oznacza ani niewierności własnemu religijnemu
związaniu, ani też relatywizującej wszystko zgody na wymagania każdej
z religii, wobec których w ten sposób stajemy (zgody skądinąd w
ogóle nie możliwej). Oznacza natomiast, mówiąc najprościej, najpierw
zgodę na ludzi, którzy do nas w ten sposób przemawiają, a następnie
zgodę na nas samych, jakimi możemy się stać za sprawą ich obecności
w naszym życiu. Trzeba tu podkreślić słowo: możemy. Chodzi o to,
jakimi możemy się stać za sprawą zgody na obecność w naszym świecie
ludzi i przemawiających przez nich religijnych doświadczeń, które
nigdy nie będą (ani też bynajmniej nie muszą być) naszymi. Taka
zgoda jest możliwa zawsze. Ale nie ma to bynajmniej być indyferentna
zgoda na cokolwiek, co może się nam w takim spotkaniu przydarzyć.
Tylko, jeśli jest ona wypowiadana w wierności wobec tego jedynego
wybrania, którym my sami zostaliśmy wybrani, nie niszczy niczego,
nie zaciemnia niczego, niczego nie relatywizuje i nie zaciera -
przeciwnie pozwala każdemu zabłysnąć i pokazać się w jego własnej
prawdzie.
Zakończę słowami Thomasa S. Eliota, które dobrze oddają istotę tego,
co starałem się tu powiedzieć:
Z zarysem tej Miłości i głosem tego Wezwania
Nie ustaniemy w poszukiwaniu
A kresem wszelkich naszych poszukiwań
Będzie, że dojdziemy tam, skądeśmy wyszli
I poznamy to miejsce po raz pierwszy.4
Przypisy:
1 Karel Eapek, Továrna na absolutno, Praha 1975, str. 30, tłum.
tw.
2 Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow, tłum. Aleksander Wat, Warszawa
1959, str. 303n.
3 Por. Tomasz Węcławski, Abba. Wobec Boga Ojca, Kraków 1999, str.
263nn.
4 Thomas S. Eliot, Cztery kwartety, Little Gidding, V, tłum. tw.
Tekst udostępniamy za zgodą Wydawnictwa Znak.
|